Polityczny krzyż

Coś nadgryza naszą epokę. Przyszła do nas zjawa w morowych szatach zarazy. Ubrani w jej egzystencję, robimy milowy krok wsteczny do czasów inkwizycji hiszpańskiej. Czcimy panów u władzy, z krzyżem zbawienia na piersi. Walczymy w słusznej sprawie. Głosimy światłość i miłosierdzie. Niesiemy wybawienie od winy pierworodnej. Ze szablą, prawdą, bogactwem, wsparciem króla i jego oręża. Stawiamy mury. Dzielimy świat na dobrych i złych, czarnych i białych. Przyłączcie się do nas, jeśli potraficie się nabrać na populizm.

Był czerwiec i półkulę południową nawiedziła sroga zima. Nastały populistyczne rządy Temera i jego białego patriarchatu. Wtedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Przedstawił się jako najbliższy przyjaciel Temera, członek nowo utworzonego rządu z X Ministerstwa. Pięćdziesiąt parę i tyleż samo siwych włosów na głowie. Wzorowo wpisywał się w sylwetkę nowych wybrańców Prezydenta. Podstarzały, biały, bogaty. Z konserwatyzmem wpisanym w pomarszczone dłonie. W dwudziestoletniej marynarce i równie starym, wielkim krzyżem na piersiach. Skazana na jego obecność sam na sam, słuchałam o wielkich historiach bohatera, wypowiadanych łamanym angielskim. O samolotach, nawróceniu i ścisłym związku z bardzo dobrym człowiekiem. Temerem, rzecz jasna. Tym, który przyniesie zbawienie Brazylii, wynosząc ją z długów skorumpowanego Luli. Minuty rozmowy wydawały się wiecznością, a może czymś jeszcze bardziej odległym. Mówił, że mógłby być moim nauczycielem portugalskiego. Za darmo, ale w jego domu. Udawałam, że nie rozumiem. Tych wszystkich chwalebnych fraz wyśpiewywanych przez niego w angielskim czy portugalskim. Chciał, bym mówiła do niego po polsku. Kiedyś odwiedził kraj Wisłą płynący i obiecał sobie, że przyswoi tubylczy język. To nic, że minęły wieki od kiedy podbił mury Jasnej Góry, a polskiego ciągle ni w ząb. Stanowilibyśmy przecież idealną parę. Nie rozumiałam. Kiwałam głową i wypuszczałam kompletną paplaninę przeciwnie do niego ustawionym uchem. Nalegał, ale ja byłam niemową, władającą żadnym językiem. Odchylałam głowę, gdy zbliżał usta. Spotkałam go jeszcze kilka razy. Zawsze z tym samym, przebijającym moje oczy, wielkim krzyżem u piersi i podstarzałej marynarce. Ciągle nawijał tą samą mowę, ja zaś ciągle nie rozumiałam i wypuszczałam ją każdym możliwym bokiem. Obłąkana.

Był kwiecień z ciepłymi, suchymi wieczorami, spędzanymi przeważnie przy błyszczących kieliszkach wypełnionych obficie białym trunkiem. Święto króla Holandii. Francja elegancja. Wieczorowe sukienki, przystojni Niekawalerowie. Tradycji musi stać się zadość, przynajmniej jeden musiał przylgnąć, złożyć nieczysty pocałunek. Pan od rozrachunków międzynarodowych. W marynarce i rozległym kryzysie wieku średniego, głęboko wierzący. Biały, u władzy i pieniędzy. Zagadywał. Szczęśliwie nie byłam sama w tych oparach. Odpowiadałyśmy półsłówkami, przeważnie szczerzyłyśmy zęby lub zatapiałyśmy je w kieliszkach wina. Pan udzielał instrukcji o podboju świata. O tym, co on mógłby dla nas zrobić, jeśli damy mu zielone światło. U nas jednak czerwone wysoko było w cenie. Odeszłyśmy dopełnić kieliszki. Kilka kolejek dalej ta sama, monotematyczna śpiewka. Tylko wzrok coraz bardziej mętny. Doprawdy dziewczęta, chyba nie muszę wam tłumaczyć waszej pozycji. O tym, ile błahymi kosztami mogłybyście uzyskać. Nas jednak dzieliły mury i czerwone światła, ku braku zadowolenia Niekawalera. Trzecim razem podszedł już solidnie naładowany. Jak to tak, przecież on ma władzę. Ma pieniądze i jest irresistible. My zaś jedynie młode i głupie. Bez stosunków, o które przecież winniśmy zabiegać. W tym momencie. On, niczym dobry pasterz, wyciąga do nas rękę, chce nam złożyć to wszystko w bezinteresownej ofierze. My tylko w ramach przyzwoitości musiałybyśmy mu świadczyć drobne, regularne usługi. Pokazałyśmy odpychające czerwone. Dwa tygodnie później znowu się spotkaliśmy. Byłam już sama, a on udawał, że mnie nie pamięta. Pochłonęły go męskie negocjacje międzynarodowe. I trunki, rzecz jasna.

Wielu ich było, wspomnieć jednak należy jeszcze o jednym szczególnym. Kolejny pięćdziesiąt parę, tracący bujną niegdyś czuprynę. Przypadkiem zasiadłam u boku jego prawicy. Mówił, że mógłby być moim ojcem i tylko w takim imieniu do mnie występuje. W ramach świadczonej opieki wskazywał mi słuszną drogę zbawienia. Dzielił świat na dobrych i złych. Ukierunkowywał naiwne dziewczę na właściwe grunty. Ceną oczywiście miało być bezdyskusyjne posłuszeństwo i uległość, ładnie nazwana oddaniem i szacunkiem do autorytetu. W mowie przewijały się postaci święte, zacne nazwiska tych, którym zależy na odkupieniu świata. Wszyscy w marynarkach, ewentualnie koloratkach i z licznymi zerami na koncie. Radził, bym zbierała wizytówki, bo nie wiedzą, lecz zapleczem wizytówek świat zdobędę. Romans trwał zbyt długo i skończył się niezwykle krwawo. Zapamiętałam z niego, że zbawienie odbywa się w krzyżu i bogatych nazwiskach, do całości należy zgrabnie dokleić szumnie brzmiące intencje i szeroki uśmiech. I tym można kupić ogromne zastępy, rzesze niejednego pokolenia.

Znam jeszcze jednego, w niczym nie ustępującego poprzednim. Podstarzałego króla, z rekordowym zapleczem złota. Legitymuje się Pismem Świętym i wiarą w podział świata na złych i dobrych, czarnych i białych. W ramach kompletacji tej idei, przyzwoitość sumienia nakazuje mu wybudować mur. By grzech nigdy już nie mącił sumień niewinnych. I za tym zbawczym głosem utrudzonego ludu, poszły niebiańskie zastępy. Mur jest stawiany, do kompletu berlińskiego sprzed niejednej dekady. Tamten drugi kiedyś runął, ale o tym nikt już dzisiaj nie pamięta. I’m so tired of you, America.

don’t you black or white me


Ikona wpisu została zaczerpnięta z bloga „Połącz kropki”.

Advertisements
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s