Zé Canjica

Zé Canjica

Está chovendo e a chuva vai molhar alguém*

Research w pamięci zrobiony, emocje zweryfikowane, jeszcze tylko nieco przydługie przetrzymywanie decyzji w korze przedczołowej i tak, nadszedł moment finału prywatnej dywagacji. Najważniejszy profil dla mojego ducha został nieodwracalnie wybrany. Niecierpliwie oczekiwał na moment przypływu osobistego rozrachunku niełatwej przeszłości. Ostatecznie zdobył się na stan kontent. A teraz pozwólcie, że wam go zobrazuję.

Nasza znajomość sięga czasów przełomowych, gruntów łatwopalnych i idących w ślad za nimi osobistych tragedii. Gdzieś tam u odległych, lewostronnych wybrzeży Atlantyku, szerokości Zwrotnika Koziorożca, z postępującymi wstecz ku zerowemu równikowi, przecięły się nasze, w jakże odmienny sposób wydeptywane ścieżki. Podobno najsilniejsze związki zachodzą między ludźmi wtedy, gdy są zupełnie niespodziewane. Nasza znajomość nigdy nie została zaplanowana, miała intensywny przebieg i skończyła się w równie nieoczywisty sposób. Po drodze zabrała każdemu z nas niejeden uśmiech i kilka nadprogramowych łez. Przede wszystkim jednak cechowała się intensywną burzą mózgów, pracą organiczną, ciążącym nad głowami parzącym słońcem i wpompowywaniem do krwiobiegów wysokoprocentowych trunków.

Znajomość, która nie powinna napisać swojego rozdziału w żadnej z naszych codzienności, wybuchła i coś nam zrobiła. Zgaduję, że mi bardziej. Nieproszona, podarowała mi w swej hojności najsilniejszą osobowość, jaką spotkałam dotychczas w moim niedługim stażem życiu. I ślad w DNA, którego ekspresja następuje w każdej sekundzie, odhaczonej przez przyspieszony puls serca. Zmutowana rzeczywistość.
Tracący bezpowrotnie swe złote czasy dystyngowany mężczyzna (zwany dalej Zé Canjica) i ledwo przeobrażająca się w kobietę dziewczyna, związani sznurem tropikalnej samby i słodkiej caipirinhi.

Zé Canjica zepsuł pierwsze wrażenie, intuicja podpowiedziała mi, że nie chcę zasiadać u boku jego prawicy. Los lub cokolwiek innego plotącego fabułę zwaną życiem, miał jednak odmienne zdanie. Obrócone dokładnie o 180° względem mojej intuicji. W ten sposób, przez najbliższe miesiące, dzień w dzień i niejedną noc, dotrzymywałam towarzystwa Zé Canjice. Dni te były wypełnione słońcem, które podkręciło głębię smaku treści płynącej z tamtego okresu, noce zaś przekoloryzowane barwą wieczorowych kostiumów, gawędy, plątaniny wymieszanych języków.

Zé Canjice zawdzięczam wielobarwną lekcję życia. Odarcie z naiwności, kurtyny dziecięcego wyobrażenia o sukcesie i motywach kierujących ludzkim postępowaniem. Początkowe rozdziały lekcji o życiu mogą zza obiektywu wydawać się banalne. Zé Canjica na przykład był tym, który nauczył mnie popijać wino, obrazując walory utrzymywania wypełnionego czerwonym płynem kieliszka. Dalej zaprosił do konsumpcji drogich serów, takich, o których istnieniu nie śmiałam przypuszczać, tym bardziej dopuszczać do podniebienia. Kolejne lekcje utrzymywały się na nieco wyższym poziomie. Pierwsze manipulacje słowne, doklejone uśmiechy do pożądanego przekazu, zyskiwanie pochlebców słodką czekoladką i słupkiem sandałka. Trunki też przeszły niewielką metamorfozę. Zamieniono kieliszek wina na słodycz mocy cachaçy, limonki i lepkiego odzysku z trzciny cukrowej. Dołączono element zwany muzyką i gorącymi nocami, dryftującymi w okolicach prędkich rytmów.

Nieco później nastąpił okres zacieśniania więzów. Wzajemne komplementowanie, by zdobyć dla siebie najlepsze kąski, wycisnąć z nastałej sytuacji dokładnie tyle, ile zmieszczą półpełne naczynia i srodze pilnować, by niczego z nich nie ulać. Z perspektywy czasu, gdy zerkam na ten okres nieco bardziej obiektywnym okiem, widzę ciągle naiwność mego knowania. Zbyt bliskie przebywanie u źródła mocy, daje mylące poczucie posiadania władzy. To gdzieś mnie zmąciło, poprowadziło ku myślom całkowicie i bez zbędnych warunków oddanych Zé Canjice. A taką absolutną wiarę w łatwy sposób można wykorzystać. Co ów Zé Canjica uczynił. Za co dziś jestem mu wdzięczna. Zanim jednak to nastąpiło, skoczyliśmy na level kostek lodu, drogiej whisky i luksusowych towarów z francuskiej cukierni. Było trochę za dużo uśmiechu i łamiących się prążkowań serca. Zbyt często chowanych łez w łazience i usilnego panowania nad tembrem ściśniętego głosu. Niepotrzebny moment kompletnego zwierzenia, który kosztował mnie rozstaniem. Bez jednego słowa. Tak po prostu, odleciałam. I miałam nigdy już nie wrócić, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.

Kluczowy był czas i kończący się sezon tropikalnego deszczu, który jeszcze u kresu swego finiszu zdążył mnie sowicie oblać. Później nadeszła susza, właściwa kolczastym zagajnikom buszu. Zé Canjica znał te tereny jak własną kieszeń, która miała zwyczajowo tendencję do pokaźnych głębokości. Słomiany kapelusz pasował do jego wizerunku w równym stopniu co wiązana, kaszmirowa mucha i biały smoking. Obrońca nagiej stopy przed jadem skorpiona, kurier rozmiękłych bananów. Zawsze w formie do dyskusji, tworzący wokół siebie podwójną rzeczywistość. Był ojcem, był kochankiem, był władcą. Był tym, któremu oddawałam swoje myśli i słowa. Ceną była utrata balansu między dobrą i złą energią.

Zé Canjica posiadał wszelkie cechy dobrego i złego człowieka, być może zatem był istotą ludzką najbliższą swej kompletności. Obok wręcz dziecięcej sympatyczności, poczucia humoru, które nieustannie zmuszało mnie do podnoszenia kącików ust, zaangażowania i pomocności ducha, szła w parze interesowność działań, skupowanie zaufania w zamian za obdarowywanie petenta drogimi prezentami i jeszcze mocniej pochlebnymi słowami, białymi i czarnymi kłamstwami oraz rządza kierująca starzejącym się już ciałem. Miał momenty, w których godny był uwielbienia, a było ich tak wiele, że z nieomylną pewnością zapełniłyby niejedną setkę stron powieści. Z drugiej strony, udało mu się być wrogiem wiernego niegdyś mu ludu, zostać pocichu okrzykniętym zdrajcą ufających (wprost nikt się nie odważył). Miał jednak cechę, której wszyscy mu zazdrościliśmy – donośny głos, niepozostawiający miejsca żadnemu innemu. Dodatkowo władczą, masywną sylwetkę i niezwykle bystre, analityczne oko, właściwie nigdy nie oddające się spoczynkowi. Ponadto, kochał swoje życie, wypełniał je śmiałymi krokami i pełnymi sakiewkami. Z niepoddającą się walecznością, zmieniającą nastałą rzeczywistość. Niewątpiący w słuszność własnych postępowań, zdawać by się mogło czasem bez sumienia. Takiego go zapamiętałam. Rozszyfrował dla mnie zasady gry człowieczeństwa. Nauczył walki – najcenniejszej lekcji życia.

Każdy związek zna swój zmierzch, choć na pewno prawdą będzie stwierdzić, że nie każdy kończy się tragicznie. Ten musiał, bo okoliczności przeciążyły na jego niekorzyść. Nie wiem, czy każde rozstanie zostawia po sobie tyle wątpliwości, żalu i słabości, wiem jednak z pewnością niechwiejną, że na mej drodze nie stanie nawet półczłowieka mu podobnego. Mógł zachwycać i wzbudzać wstręt. Mógł rozpogadzać i odpowiadać za nerwowe załamanie. Mógł rozśmieszać, lecz nie znać szczerości intencji. Mógł być kochanym i nigdy nie kochać człowieka. Mógł rozumieć, lecz nigdy nie zostać zrozumianym.


*(pt) Pada deszcz i jego krople niedługo kogoś zmoczą; Jorge Ben – Zé Canjica

Advertisements
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s