Dzieckiem być

W dni jak ten, 1 czerwca, oczy zwracają się ku latom szczenięcym i koloryzują blask tamtych czasów. Było pięknie, tak dzisiaj to pamiętam, choć pewnie wtedy znalazłabym wiele powodów do utyskiwania. W końcu nie miałam tylu lalek barbie ile Ewelina i to Anię najbardziej lubili wszyscy chłopcy na podwórku.

Był jednak w tamtych już nieco odelgłych czasach niepoległy spokój mej duszy, wyobraźni bezkres, z pewnością nie wisiały nad mą głową ciemne chmury, którym co jakiś czas udaje się dopaść ją obecnie. Dzieckiem być, to znaczy nie umieć w rzeczywistość. Jakże to cenne.

Lata 90. i początek tych po podwójnym zerze spędziłam na polskim blokowisku. Nieszczególnych rozmiarów, ale nie ma to jakby znaczenia teraz. Obok była wieś, więc dominowała obfitość pól z chaszczami. To z kolei rodziło idealny grunt dla wodzy wyobraźni. Bo w tych chaszczach można było pleść wianki, lub warkocze ze źdźbeł trawy, można dalej było wskakiwać na przegrzane rury ciepłowni, śmierdzące czarną emalią i ruszać nimi w nową przygodę. Pamiętam, że jedna skończyła się gonitwą z siekierą przez nieco szaloną sąsiadkę. Starchu było co niemiara, ale dziś uśmiecham się na myśl, że było nas dzieci stać na taką odwagę.

Gdy myślę o tamtych czasach, widzę idyllę w mych oczach, bezgraniczną pewność, której dzisiaj w niczym nie odnajduje. Tęskno mi do tego. Do koszy czereśni na balkonie, do gry w dwa ognie, do skakania w gumę i na skakance, do rysowania klasów na byle jakim gruncie. Do robienia ozdób choinkowych, długaśnych, niespójnych barwami łańcuchów, do truskawek z cukrem na kromce z masłem. Do lekcji pianina, do czekania na paczkę ze słodyczami z odległych Stanów. Stamtąd przyszły moje pierwsze dżinsy. Mój boże, nikt już dziś nie produkuje takich materiałów, a przynajmniej nie za takie pieniądze. Wtedy te Stany dzielił ode mnie cały Atlantyk. Teraz, gdy już niejeden raz udało mi się go przekroczyć, nieszczególnie łatwo wzbudzić mój zachwyt.

W klasie nazywali mnie dzieckiem szczęścia, bo otrzymałam wiele talentów. To określenie szczególnie dziś pielęgnuję.

Nie znałam pieniędzy, nigdy ich nie miałam. I przez myśl mi nie przeszło, że to one kiedyś będą mi zjadać kosmki jelita.

Wtedy złościłam się i mocno ociągałam, gdy o zachodzie słońca mama z czwartego piętra wołała mnie i moją siostrę do domu – bo kolacja, bo kąpiel, bo sen. Dziś zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek ktoś zrobi to ponownie. I zdradzę Wam, że czekam na ten moment z maleńką łezką w oku.

Dzieci są niewinne, widzą świat po swojemu, nie zaciera się im granica dobrego i złego występku. Pamiętam gorące rumieńce zawstydzenia, przeskrobania granicy porządku, które podobno dodawały mi uroku. Sama widzę ten świat już w szarościach. Szczęśliwie dla mnie, bo inaczej obawiałabym się skazy czerni na bieli mej cery. Dzieckiem byłam ładnym i szczęśliwym, mimowolnie, teraz o wspomniane muszę już zabiegać.

Reklamy
2 komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s