Metką na wierzchu

Obserwować życie niemalże mym ulubionym zajęciem jest. I nie ma to nic wspólnego z oceną, nieszczególnie odnajduję rozrywkę w sądzeniu postępowań ludzkich. Ale mieć już wzrok na baczności i czerpać z tego inspirację – oh, lubię! Patrzę, widzę, czytam, układam w głowie i pyszną zabawę dzięki temu mam. A ponieważ świat jest w swej małości całkiem spory, to i ludzie potrafią ciągle zaskakiwać. Kto śledzi mój profilowy lub stronę na facebooku, ten jest świadomy różnorodności pogawędek, którymi od czasu do  czasu zarzucam – czy to z Krakowa, czy z Brazylii, czy Lanzarote. Dzisiaj przyglądnę się gwarzę ostatniego miejsca szczególnie.

Maleńka wyspa we wschodnim Archipelagu Kanaryjskim, tuż u północno-zachodnich wybrzeży Afryki, podbita ostatecznie przez Kastylijczyków w XV wieku. Prawdę powiedziawszy, Kanary z kontynentalną Hiszpanią niewiele mają wspólnego, choć na pewno napędzają jej turystykę. Sami mieszkańcy archipelagu żywo zaprzeczają nazywania siebie Hiszpanami, są Kanaryjczykami, zawężając czasem jeszcze to określenie do pojedynczej wyspy i tak na przykład ludność zamieszkała Lanzarote to Conejeros (hiszp. conejero oznacza nieckę, klatkę, s to końcówka liczby mnogiej). Dumni również z odmiennego dialektu, wymową zdecydowanie bliżsi są mowy karaibskiej, niż rodzimego hiszpańskiego. Ale dość już tych szczegółów. Na uwadze jednak mieć trzeba, że Lanzarote jest nie tylko jedną z mniejszych wysp w archipelagu, ale również tą ubogą w ludność. Nie są to niemalże milionowe, skomercjalizowane Teneryfy czy Gran Canarie. Mamy tu skromne sto tysięcy. I jest wiejsko. Jedna wioska pogania drugą. A tam prości chłopi, w obdartych ubraniach, pielęgnują suchą glebę, rosząc obficie bujną winorośl. Środowisko nieszczególnie chętne świeżym myślom. Nikt nie słyszał o cywilizacji, wszyscy zgodnie postanowili mieć ją w nosie. Wśród niskich, koniecznie białych chałupek, na stromych stokach wulkanów, pewniejszy jest wiatr siłą przewracający człowieka, niż facebookowe dziedzictwo. I bardzo dobrze. Ale. Sferyczność, zamknięcie wyspy oraz wąskie kręgi ludności strwożonej niegdyś pospolitymi napadami piratów, zmuszonej uciekać do wnętrz lub na szczyty wulkanów, by tam przekoczować najtrudniejszy okres, odcisnęły piętno na DNA naszych Conejeros. Dla tych którzy nie bardzo umieją w biologię, zdradzę szybko, że zdrowie i inteligencja lubi różnorodność, stąd najpiękniejsi i obdarzeni najproduktywniejszym mózgiem ludzie rodzą się tam, gdzie dochodzi do wymieszania rasy. Zupełnie odwrotny proces zachodzi, gdy do rozmnażania dochodzi w wąskich kręgach, o czym historia uczy nas patrząc chociażby na obciążone hemofilią rody królewskie. Czy zatem Conejeros są zdeformowani? Ależ!

Weźmy na pierwsze ostrze noża kanaryjskich kierowców. Bój się boga, Krystyna, nawet litania tu nie pomoże. Co oni robią, Maryśka mia. Doprawdy, wątek wart osobnego artykułu. Jestem tu rozczłonkowana w wyczuciu lokalnego czasu. Jeden członek powędrował tam, gdzie mam wrażenie nic się nie dzieje. Rozwolniły nam się wszystkie akumulatory, dziś stanę na drodzę i będę pompował usta z Juanem. I nie, że na poboczu, na wolnym gruncie. Stanę na środku, Juan również, otworzę szybę w mym gracie i będę mówił o tej fea, która mi drogę wczoraj zaszła. Żebyś wiedział, jakaż ona urokliwa była. Za panami korek na pół kilometra, oni jednak trwają w tym zawieszeniu słodkich piersi fea. Jak dobrze, że ktoś wymyślił klakson, inaczej by nie drgnęli. Drugi członek jednak ciągle skurczony od nerwów, których dostarczają mu rapiderzy. Ci z tych, którzy gdy tylko staniesz na skrzyżowaniu i sekundę jedną przeznaczysz na zmienienie biegu, hukną na Ciebie jeden, drugi raz, trzeci. W sekundę jedną oni cały świat obieżą, jak śmiesz im odbierać tę przyjemność. Takie wyprzedzanie na trzeciego, czy środkowe wymijanie z głową skierowaną nie do przodu, lecz tylnym siedzeniom  nieszczególnie budzi mój podziw, może jedynie lekki przykurcz jelit, ale niech im będzie. Czasem jednak, prując po autostrady lewym (ostatnim!) pasie spoglądam do lusterka lewego i widzę coś nieprawdopodobnego. Otóż kierowca zza mojego tyłu rozpoczyna wymijanie. To nic, że droga nie ma już innej szerokości, mamy dwa pasy, prawy, lewy, oba zajęte, pan z tyłu chce jazdy gwałtowniej, zrozumieć należy tę potrzebę. Co zatem robi by otrzymać satysfakcję? Spycha mnie do linii środkowej i wymija lewym bokiem, stworzony został na jego potrzeby pas trzeci. Ja nie wierzę, że możliwym jest coś takiego wymyślić, tym bardziej wykonać, no ale da się, da się…

Uwagi słów kilka należy również poświęcić lokalnym, tudzież brytyjskim piechurom. Przy swoim przejściu włącza im się światełko niewidoczność. Nie muszę patrzeć w lewo, prawo tym bardziej, ignoruję swobodnie pozostałych uczestników ruchu ulicznego. Jestem bogiem, świętą krową indyjską, do zwolnienia z 50 do 0 potrzebna jest tylko milisekunda jedna, kierowcy na pewno to ogarną. A jak nie ma przejścia, to zasady wciąż są po mojej stronie, nie zmienię przyzwyczajeń, w bok się nie rozglądnę, przejdę na drugą stronę. I tak pomału czupryna w srebrzyste odcienie grać zaczyna, czoło nabiera nowych zmarszczek i za każdym razem myślę: tym razem ich rozjadę.

Siedząc już w kuluarach ruchu ulicznego, można skierować wzrok na tych wszystkich panów, których wzrok mówi: zaraz będę cię gwałcić. Eduardo, ja rozumiem moc spojrzenia zielonego i koloru blond we włosach, ale temperament to ty moreno ćwicz, naprawdę. Nie musisz zatrzymywać samochodu na mój widok, szeptać podejdź do mnie, guapa, trąbić, zagadywać, tym bardziej wydychać “ufff” w powietrze, nie musisz zwracać się do mnie per królowo, tudzież wznosić do góry cerveza z brygadejrą. A kiedy przejdę koło Ciebie następnym razem, trzymaj pędzel w ryzach, bo inaczej znowu mnie ochlapiesz. Możesz ewentualnie znowu puścić mnie wolno, gdy będziesz kontrolował prędkość i procenty w oddechu, to się karze i ceni, zależy kto spogląda.

Dalej mamy tych wszystkich nieco z wiekiem już na bakier panów, którzy siedzą dzień cały na stołku i gdaczą i gdy ktoś przez ulicę przemknie krzyczą w niebogłosy, gestami się podpierając. O co im chodzi, nie zgadniesz. Drudzy będą ze słuchawkami na uszach zataczać niepewne kroki, głosami ubranymi we wszystkie alikwoty śpiewać wzdłuż alei głównej, tracąc zupełnie rzeczywistości świadomość. No w sumie im zazdroszczę. Niektórzy będą półnadzy, z brzuchem jak stąd do Jowisza leżeć w samochodzie, z drzwiami otwartymi wprost na wrota ich penisa i w tym hałasie i skwarze dnia odpoczywać, rzecz jasna. Albo z kucykiem rozrzedzonym, kapeluszem na nosie i rozkwitłej brodzie, w spódniczce mini koloru czerwonego do sklepu pędzą, panowie miss latino.

I młodzież dużo uroku w sobie ma. Przyjdą do ciebie, zażądają wyznania chwili czasu, bez perdon, bez gracias, kobieto czas mi podaj. Więcej do podglądnięcia jest na plaży, gdzie nagość nieszczególnie nikogo peszy, intymne pieszczoty też są na rzeczy. Łącznie z pocieraniem, całowaniem, wkładaniem w usta, republiko, racz spoglądać. Ah, są również ci, którzy materac rozłożywszy lub bez niego, ku wygodzie, na chodniku i dzień i noc całą nie tylko przeleżą, ale i prześpią, z niebezpiecznie prześwitującą bielizną. Czasem zaczepią Cię z tym odwiecznym holaaa!, jak nie odpowiesz to dodadzą bitch i będziecie kwita.

Wszystko da się wytłumaczyć, Kanaryjczyków niewiele rzeczy wzrusza ku zdziwieniu. W tym wszystkim ja, biała, w podkoszulku metką na wierzchu, o godzinie nocy ciemnej dnia nowego, siedząca w jadłodajni na przeciw Moro*, przy jednym boku negro Dominicano, przy drugim Wietnamczyka, żywo z panami ćwierkająca, nieszczególnie będę na językach.

*kolokwialne określenie Araba, tutaj Marokańczyka

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s