Cariocańskie credo

Z pamięcią tak czystą jak pozwala na to jej ułomność, do dziś wyraźnie rozpoznaję moje pierwsze (bardzo zresztą banalne) zetknięcie z naturą brazylijską. Jako mała dziewczynka lubiłam bez końca przeglądać wszelkiego rodzaju atlasy, zbliżające mnie do ogromnego świata, jego różnorodności i wielobarwności. Szczególnie fascynowała mnie potężna książka, która miała swoje miejsce w domu mojej babci. Znajdowały się w niej rośliny z całego świata. Album charakteryzowała cała masa kolorowych zdjęć flory – dzieci matki ziemi. Były wśród niej oczywiście bardzo odległe mi wtedy rośliny lasów tropikalnych, atlantyckich namorzynów. Kto mógłby oprzeć się tym kłębom gęstej pary unoszącej się porankiem wśród wysokich drzew i krzewów, tak zupełnie różnych od rodzimych. Piętrowość warstw tych lasów, epifity, barwne tukany, brodzące kolibry, skaczące zwierzątka przypominające do złudzenia człowieka i ta wyczuwalna nawet przez kartki papieru wilgoć, była czymś tak zachwycającym, jak tylko bajeczny świat może wyglądać w oczach niewinnego dziecka. Z czasem książka przeszła w moje posiadanie i do tej pory można ją znaleźć w zakątkach mojego polskiego domu. I nie wiem już, czy ten podarunek był wynikiem miłości do tropikalnej flory, czy może sprawiła go miłość babci. Najbardziej prawdopodobna wersja to ta, w której wyżej wymienione połączyły swoje, potężne zresztą, siły.

Kolejnym krokiem w kierunku wciąż odległej Brazylii, były lekcje geografii, które dzięki ich osobliwemu prowadzącemu, zostały moimi zdecydowanymi faworytami. Miałam wtedy może 13-14 lat i właśnie rozpoczęliśmy podróże po świecie. Oczywiście te palcem na mapie. Dość szybko wylądowaliśmy na egzotycznym lądzie zwanym Ameryką Południową. Ze względu na rozległe terytorium Brazylii, siłą rzeczy została ona przez nas omówiona bardziej szczegółowo od pozostałych państw wchodzących w skład kontynentu. Z tamtych lekcji wciąż pozostał w mojej głowie obraz stron podręcznika, traktujących o favelach, sytuacji społeczno-ekonomicznej oraz rządzie Brazylii. Zadziwiające jest, że pamiętam nawet dokładne rozmieszczenie ilustracji i opisów do nich. Ceglane domki na stokach wzgórz, pobliskie niebieskie zbiorniki wodne, niepasujące anteny TV i cariocańskie, bose dzieci Rocinhi. Było to doświadczenie niemalże fizyczne, coś co zdarza się jedynie w granicach mistycyzmu. Doświadczenie jednakowo fascynujące, co nasączone bólem i przekonaniem o braku sprawiedliwości i wystarczającej troski dla tych, którym przyszło urodzić się w progach wyjętych spoza litery prawa, jeśli nie całkowicie przez niego zapomnianych.

Mniej więcej w tym samym czasie czytałam książkę pisaną językiem dla nastolatków. To był ten rodzaj książki, w której akcji mogą zauroczyć się tylko dziewczyny w tym trudnym dla nich okresie. Odchodząc jednak od jakości fabuły, całość literacka została dla mnie kolejnym zbliżeniem do rosnącej z każdym dniem w moich oczach Brazylii, a dokładnie samego Rio de Janeiro, gdzie toczyła się właściwa akcja powieści. Od tego momentu dodałam do swoich planów na przyszłość nowy cel – zobaczyć własnymi, zielonymi oczami Cudowne Miasto (Cidade Maravilhosa).

Kilka lat później zobaczyłam dokument Cidade de Deus, który był dla mnie jeszcze jednym, bardzo zagadkowym doświadczeniem. Z jednej strony płakały we mnie co do jednej, absolutnie wszystkie komórki mojej duszy, z drugiej strony zarówno miejsce, jaki i ludzie, ich narzecze, problemy, styl życia budziły w moim ciele iskry ekscytacji, pożądania tamtej przestrzeni, zanurzenia w tamtej kulturze. Nie było to pragnienie chwilowe, impulsywne, niezredukowane przez korę przedczołową. Przeciwnie, pragnienie było wypalające i nieprzyjmujące odmowy.

Niedługo później faktycznie udałam się w bardzo lapidarną podróż do Rio de Janeiro. Miałam 21 lat i byłam w trakcie ogromnej przemiany psychicznej. To jeden z tych epizodów w życiu, który z jednej strony stygmatyzuje każdą kolejną wiosnę naszego życia, z drugiej strony pamięcią wracamy do niego często i z kompletnym rozrzewnieniem. W samym mieście byłam ledwo pięć dni, ale czas w tym przypadku w ogóle nie miał odgrywać żadnej roli. To co zostało ze mną z tego okresu jest długie i obszerne, ale chciałabym tu przemycić przede wszystkim dwie rzeczy. Proszę jednak zachować szczególną czujność, bo będą to zjawiska sprzeczne z nauką i powszechnymi wierzeniami. Nie ryzykowałabym jednak myślą, że są pozbawione znamion realności czy prawdy. Przeciwnie, w nich schowała się esencja mojego pragnienia Rio de Janeiro.

Gdy samolot linii lotniczej TAP Portugal wylądował w przystani międzynarodowego lotniska Galeão, posłusznie udałam się w kierunku rękawa przystawionego do przednich drzwi kabiny. Gdy tylko postawiłam pierwsze kroki w rękawie, moje ciało pochłonęła ciężka, wilgotna masa tropikalnego powietrza. Być może powinnam odwiedzić najpierw więcej miejsc, by móc wydać tę opinię, ale zaryzykuję ją już teraz, że żadne inne miejsce na świecie nie może pochwalić się podobnym strumieniem powietrza. (Ewentualnie, możesz mnie drogi czytelniku wyśmiać. Śmiech jest lekarstwem, zatem na twoje zdrowie.) W jego kuluarach znalazła się cała mieszanina składników, które rozpoznałam dopiero z czasem. Składały się więc na niego rozkładające się śmieci, piętrzące na stokach favel, hałas rozpędzonej samby, przegrzane opary wielomilionowego miasta, intensywna bryza przyległego oceanu i wiele drobniejszych ingriendów, które tworzą z Rio i jego atmosfery bezwarunkowy unikat w skali świata. Ten sekundowy wybuch powietrza był jednocześnie czymś w rodzaju chrześcijańskiego chrztu, przywitaniem, zaproszeniem i włączeniem do nowej kultury. Pamiętam również, że natychmiastowo zaczęłam się w tym powietrzu roztapiać. Należy dodać, że opuszczałam Polskę końcem deszczowego, lodowatego listopada, w Brazylii jednak wiosna właśnie ustępowała miejsca na rzecz lata. Zwrotnikowego lata! Ten sekundowy epizod był również swoistym antygenem dla przeciwciał mojego ciała. Pomimo, że rozpoznały jego swojskość i bezpieczeństwo dla mojego organizmu, postanowiły przechowywać jego wzór w swojej pamięci tak długo, aż znowu zetknę się z jego zapachem. Ilekroć to czyniłam, przeciwciała rozsyłały mi dreszcze wzdłuż całej powłoki skórnej. Mam pewną teorię, że zapach Rio był bliski moim przeciwciałom na długo jeszcze przed mym urodzeniem i tylko ja nieświadoma tych procesów, zbyt długo zwlekałam z narażeniem immunologicznym własnych zmysłów.

Chwilę później znalazłam się w taksówce wiozącej mnie na Copacabanę. Jeszcze nie docierała do mnie realność tej sceny. Nie było czasu by zaktualizować dane lokalizacyjne mózgu. Gdyby jednak ktoś spojrzał wprost w moje oczy, dostrzegłby ich znaczne przeszklenie. Oto spoglądałam na ogromne, rozświetlone latarniami miasto i odnalazłam na jego najwyższym wzgórzu Redentora. Trzymał swe rozprostowane ramiona nad cariocańskim narodem. Zagubionym w biedzie i bogactwie, w głodzie i chciwości, w kolorze skóry i skręcie włosów, w hałasie autobusów i wystrzale pistoletu dziewięcioletniego Thiago, w słodyczy mango i słoności suszonego dorsza, w jędrnych piersiach nastoletniej Tatiany, matki dwójki słodziaków i zmarszczce osiemdziesięcioletniego, bezdomnego Andre. Trudno jednoznacznie orzec, czy były to wyłączne łzy radości. Sama zwykłam je traktować jako łzy rodaka powracającego do ojczystego domu po wielu latach tułaczki. Jest w tych łzach radość i może nawet wysuwa się ona przez moment na prowadzenie. Uważny obserwator zanotuje jednak również niewypowiedzianą wdzięczność, wymieszaną z ciągłym niedowierzaniem powrotu, znamiona trudnej drogi, smutek utraconych lat, ból zbyt długiego rozstania oraz ogromną miłość do matczynej ziemi. Tak, zdecydowanie zbyt długo przebywałam na przymusowej emigracji.

Przy pierwszym fizycznym zetknięciu z Rio, niestety nie miałam okazji zajrzeć do świata górzystych faveli. Stąd po powrocie do Polski, stopniowo rosła w mojej czarze tęsknota czy wręcz frustracja nieosiągalnym światem, która przemiarkowała się blisko trzy miesiące później, kiedy to postanowiłam ponownie odwiedzić Cudowne Miasto. Przeżyłam w nim bez mała dwadzieścia dni, których mam nadzieję pamięć mnie nigdy nie pozbawi. Mieszkałam na stokach faveli Vidigal, uważanej za najbardziej uprzywilejowany skrawek cariocańskiej ziemi. Kilka miesięcy później dane mi było celebrować kolejne trzy tygodnie w zakątkach Ipanemy i szumiącego Atlantyku. Czas ten obfitował w zdarzenia codzienne, tak jednak różne od codzienności znanego mi Krakowa. Spotkałam setki Cariocas, których być może już nigdy więcej nie zobaczę. Jednak każdy pojedynczy przechodzień z którym wymieniłam uśmiech, pozdrowienie, każdy z tych szalonych kierowców, który oprowadzał mnie po najbardziej skrytych zakątkach miasta, zamkniętych przed przeciętnym gringo, każdy pasażer metra, który wskazywał mi drogę lub ustępował miejsca w wagonie, wreszcie każdy z tych, który oddał mi na chwilę swój czas, serce i pieniądze i pomógł, gdy ogień całkowicie pochłonął mój dobytek, doprowadził mnie do miejsca, w którym zaczęłam wyznawać cariocańskie credo, wiarę w nieskończone piękno Rio i jego osobliwych mieszkańców oraz w krótką pamięć, tudzież pobłażliwość Redentora, który zapomniał czuwać nad zagubionym w trudzie życia narodzie, tak przecież czule proszącym go o lepsze jutro.

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s